Za drzewami skrył się samotny dom…

Lato. Upalny dzień. Idziemy wszyscy, jeszcze w piątkę, bez Joachima, nie wiedząc, że już niedługo wielka radość pojawi się w naszej rodzinie.

Dominika niesie Teofila, Krysia siedzi wygodnie w nosidle na moich plecach. Dzieci nie znają celu naszej wędrówki, my też nie do końca wiemy, czego możemy się spodziewać.

Pierwszy raz jesteśmy w okolicach Wołowca. Mijamy opuszczone cmentarze, przydrożne kapliczki, samotne drzwi, kamienne krzyże. Droga jest długa, nigdy wcześniej jej nie przemierzaliśmy. Każde zakole, odsłania kawałek jej tajemnicy.

Nie spotykamy nikogo. Mijamy bacówkę, w powietrzu czuć zapach dymu i wędzonego sera. Widać, że drogę przecięło, chwilę przed nami, stado owiec. Szły do rzeki.

Za drzewami dostrzegamy samotny dom. Pewnie niewielu miałoby odwagę przejść obok niego nocą. Furtka jest otwarta, ogrodzenie ma wiele braków. Wydaje się, że jest spuścizną po poprzednich właścicielach. Przypomina czasy, które minęły.

Czuć zapach koni. Na uboczu siedzą osobliwie wybarwione kury. Drogę przebiega nam kot. Dom, niczym wnętrze kuchennej izby, obwieszony jest prowizorycznymi półkami.

Dzbanki, miski, czarki…

Ku nam wychodzi właściciel. To nasze pierwsze spotkanie, nigdy wcześniej się nie widzieliśmy. Jurek mówi, że nie może poświecić nam teraz czasu, ale zostawia otwarty dom. Mówi, że czajnik i woda do picia są w kuchni. Wsiada na motor i odjeżdża, bez kasku – w czerwonej czapce.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dźwięk starego motoru niknie w oddali. Pijemy miętę. Dzieci nie są w stanie się napatrzeć. Łapczywie utrwalają kolejne obrazy. My również nie potrafimy powstrzymać swojej ciekawości. Siadamy przy stole, na dużym przepełnionym różnymi przedmiotami tarasie. Ciszę przerywa parskanie koni. W pewnym momencie (zupełnie nie wiadomo skąd) pojawia się mężczyzna w majtkach, koszulce na ramiączkach i kapeluszu. Daje Lidce tomik poezji, prosi o przekazanie Jurkowi i znika. Wiemy, że dookoła nie ma żadnych domów.

Kot wije się między naszymi nogami, a nogami stołu. Znowu dociera do nas dźwięk motoru. Wraca Jerzy. Nie pyta kim jesteśmy, ani co tu robimy. Nam pytać nie wypada. Mówi, że jeśli podobają nam się jego naczynia, to możemy coś kupić. Jedna z kur siada pod stołem tuż obok nogi gospodarza. Robi się coraz później. Choć wiemy, z Dominiką, że droga do samochodu daleka, nie znajdujemy w sobie siły, żeby przerwać tę gościnę.

Wybieramy czarki, kolejny raz obchodząc dom Jerzego dookoła. Wracamy do stołu. Jurek znów parzy zioła. Na ławce leżą stare wydania Tygodnika Powszechnego, widzi że zwróciły moją uwagę. Siedzimy w ciszy. Jerzy kuca w progu. Uwagę przykuwają jego błękitne oczy. Dobrze z nich patrzy.

Lidka wyciąga z plecaka zeszyt, w którym zbiera pieczątki, bilety wstępu, wspomnienia… Prosi Jurka, aby napisał w zeszycie coś specjalnie dla niej.

Jerzy zgada się, ale najpierw idzie napoić konie.

Kiedy wraca siada przy stole i pisze. Zamyka zeszyt i oddaje go Lidce. Nikt nie zagląda do środka. Nie mamy odwagi przeczytać, co napisał. Żegnamy się. Odchodzimy mając wrażenie, że było to ważne spotkanie.

Im dalej w las…

Filip

P.S. Kiedy nie widać już domu, otwieramy zeszyt Lidzi. „Za bramą, którą tu weszłaś nie ma nic, czego nie byłoby przed nią, a tyle się naoglądałaś”. CZARNE, Jurek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s