Milczący towarzysz…

Stół, który mamy obecnie w Komańczy, zanim dotarł do naszego domu, musiał pokonać długą drogę z zachodniej Polski.

Pamiętam go jeszcze z domu rodzinnego. Na początku był tym dodatkowym podczas rodzinnych imprez. Później, gdy urodziła się moja siostra, służył jako przewijak. Był „pomocnikiem” mieszczącym kuchenną zastawę podczas świąt. Stał się ponoć także „świadkiem” wesela mojej matki chrzestnej. Ostatnie lata spędził jednak złożony w piwnicy.

Nigdy nie myślałem, że poproszę swojego tatę, aby zapakował go do bagażnika samochodu i przywiózł z Gorzowa do Komańczy, pokonując tym samym blisko tysiąc kilometrów.

Wcześniej, gdy go jeszcze nie mieliśmy, posiłki jadaliśmy przy małej kuchennej ławie. Było nas wówczas zdecydowanie mniej. Lidka siedziała jeszcze w dziecięcym krzesełku. Krysia nie myślała nawet o przewracaniu się z boku na bok. Teofil z Joachimem kryli się w przysłowiowych planach.

Wiele ważnych rozmów odbyliśmy właśnie przy tym stole. Budowaliśmy przy nim nasze bieszczadzkie relacje z przyjaciółmi, z sąsiadami. Rodziły się przy nim skromne koncepcje i wielkie marzenia. Pewnie za chwilę złożymy sobie przy nim wielkanocne życzenia.

Z roku na rok organizowaliśmy kolejne krzesła, tak by pomieścić kolejno dorastające dzieciaki, ale i coraz częściej odwiedzających nas gości.

DSCF2582

Stół w naszych czterech kątach zawsze był istotny. Przez lata naszego małżeństwa stał się miejscem, przy którym prawdziwie byliśmy razem.

Scala on naszą rodzinę każdego poranka, kiedy odkładamy zabawki, telefony i siadamy do wspólnego śniadania. Jest też miejscem, przy którym każdego wieczora wysłuchujemy opowieści naszych dzieci o tym, co nowego w szkole, przedszkolu, co w pokoju obok lub na tańcach.

Sylwestrowy wieczór spędziłem w tym roku z Lidzią, Krystyną i Teofilem w Komańczy. Dzieci coraz bardziej świadomie wyczekiwały nadejścia nowego roku. Jeszcze bardziej czekały jednak na mamę, która następnego dnia miała wrócić z Joachimem ze szpitala w Lesku. To tam właśnie ich najmłodszy brat dochodził do siebie po zapaleniu płuc.

Siedzieliśmy przy stole. Każde z dzieci podsumowało już miniony rok. Zanim upewniły się one ostatecznie w decyzji, że nie dotrwają do północy, obejrzeliśmy jeszcze wspólnie jeden odcinek opowieści o Pipi. Jej tata – pamiętam – wrócił z dalekiej pirackiej podróży, a po przywitaniu usiedli wspólnie właśnie przy stole.

Po chwili wszyscy już spali. Zostałem sam. Siedziałem więc w umiarkowanej ciszy, którą zakłócała jedynie niezbyt głośna muzyka. Dokręciłem nogi, bowiem blat po okresie bożonarodzeniowym mocno się kołysał. Na białej kartce narysowałem konstrukcję, którą być może w tym roku uda mi się zbudować. Chciałbym żebyśmy mieli odrobinę więcej miejsca.

Im dalej w las…

Filip

P.S. Dziś wieczorem znów będziemy celebrowali ten wspólny czas przy stole. To takie nasze wielkie święto każdego powszedniego dnia. A stół to chyba najważniejszy mebel w każdym z miejsc, które nazywamy domem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s