Blog

Pamiętam

Rok temu, gdy o tej porze kładłam się spać, nie wiedziałam, że nad ranem będę trzymała w objęciach tego człowieka.

Poród to tajemnica. Nie wiadomo kiedy się zacznie, jak się potoczy i jak zakończy. Kobiecie dane jest doświadczyć najpiękniejszego cudu na własnym / we własnym ciele. Nam pozostaje trwać przy niej i nie przeszkadzać.

Gdyby każda z nas była świadoma tego, co potrafi Jej ciało… Gdyby każdy z nas wierzył w naturę, zaufał kobiecie… wiele porodów byłoby cudnym wspomnieniem. Mój ostatni do takich należy.

Joachim rodził się w ciszy, w kompletnej akceptacji rzeczywistości, w spokoju. Za oknem dzień wyłaniał się zza horyzontu, a Warszawa powoli budziła się ze snu.

Pamiętam jak z mężem żartowaliśmy, jak między skurczami oglądaliśmy coś na telefonie i jak w pewnym momencie zaczęło mnie to rozpraszać i irytować. Wiedziałam, że nadszedł czas kompletnego skupienia, czas na wsłuchanie się w swoje ciało, na poddanie się fali która niesie ze sobą życie…

Pamiętam też niesamowitą łagodność położnej, Jej ciepły, delikatny dotyk i pełne akceptacji spojrzenie.

Pamiętam wysiłek, chwilową niemoc, determinację, wsparcie mego męża.

I wreszcie pamiętam to ciepłe, małe ciało, Jego oddech, odwagę i lęk. Pamiętam Jego miękką, ciepłą skórę, zaciśnięte pięści, mocno zamknięte oczy, które z czasem zaczęły się otwierać… i to pierwsze spojrzenie, zdziwione, a jednak ufne. Spojrzenie miłości. I zapach! Dzieci zawsze tak pięknie pachną.

Joachim Jan

Dziś szczególnie dziękuję, że pamiętam!

I Wam życzę, byście cieszyły się, że pamiętacie.

Dominika

Im dalej w las – CzasMam

Pierwsze słowo

Od blisko dziewięciu lat obserwujemy jak rosną nasze dzieci. Każdy dzień wypełniony jest niezliczoną ilością małych radości, a niejednokrotnie wielkich zmartwień i trosk. 

Jesteśmy wspólnie z Dominiką w podróży, podczas której szczególnie dbamy o naszych małych pasażerów. Towarzyszymy Lidce w pierwszych dniach szkoły, wspierając ją w tym, co nowe i nie do końca znane. Słuchamy bujnych opowieści Krysi, u której buzia zamyka się w momencie, kiedy już na dobre zaśnie wieczorem. Przyglądamy się Teofilowi, który z tygodnia na tydzień zmienia swoje męskie upodobania, przybierając kolejne wcielenia: operatora koparki, strażaka, piłkarza. Podnosimy z podłogi Joachima, który po kolejnych upadkach okazuje swoje rozgoryczenie, bowiem nauka chodzenia okazała się trudniejsza i bardziej bolesna niż przypuszczał. 

Jest jednak równie wielkim darem od blisko dziewięciu lat towarzyszyć mojej żonie w pasji stawania się Mamą. 

Wśród obowiązków każdego powszedniego dnia nie zawsze znajduję czas, aby kucnąć w rogu pokoju, kuchni, podwórka – w czapce niewidce – i dokładnie przyjrzeć się jej staraniom. 

Wczesnym pobudkom, by zdążyć ugotować dla wszystkich owsiankę, nie rozgotowując przy okazji płatków. Umiejętności rozpoznawania rozmiaru majtek i rajstop, właściwych dla każdego z naszych dzieci. Zapachu świeżo upieczonego chleba, zagniecionego późnym wieczorem ciasta ze starannie dobranych mąk i zakwasu. Słodkiego smaku dżemów wysmażanych każdego lata na węglowej kuchni w Komańczy. Starannie zaścielonych łóżek już po dziesięciu minutach po naszym wyjściu z domu. Nieprzespanych nocach poświęconych na karmienie piersią. Zupek przygotowanych dla najmłodszych, tak aby nie musieli raczyć się tym, co zamknięte w sklepowych słoikach. Ciepła czułych dłoni położonych na policzkach dzieciaków przed snem. Czasu poświęconego na przeczytanie dzieciom tysięcy stron książek. Odwagi, aby pozwalać im poznawać świat i ludzi, tworząc jednocześnie przestrzeń na popełnianie błędów. Wielkiej woli ciągłego doskonalenia się w podejmowanych działaniach.

Oprócz tych małych, powszednich, precyzyjnie wymalowanych dzieł, są również te wielkie, których nie sposób nie zauważyć. 

Dziewięciomiesięczne okresy ciąży naznaczone niepewnością oczekiwania. Ból porodu dzielnie przełamany radością szczęśliwych narodzin. Tysięcy kilogramów wniesionych na rękach na czwarte piętro naszego mieszkania podczas powrotów z dziećmi z każdego ze spacerów. Nieustających poszukiwań odpowiedzi na pytanie: czy nie można czegoś zrobić lepiej, ugotować zdrowiej. Powołania, które przerodziło się w pasję – dającą siłę całej rodzinie.

Filip

P.S. Dziś szczególnie wdzięczny jestem swoim dzieciom, że pierwszym wypowiedzianym przez nich słowem – każdorazowo było właśnie Mama. To dzięki temu ja stawałem się tatą…

Po kolana w błocie zdobywaliśmy ruiny zamku

Sobotni wieczór. Krysia nagle spojrzała na mnie swoimi dużymi niebieskimi oczami i oznajmiła: Tato, skoro za chwile będzie wiosna, to teraz jest przedwiośnie, prawda? Mając w pamięci, że kilka dni temu było jeszcze grubo ponad dziesięć stopni mrozu, zupełnie się nad tym nie zastanawiałem.

Jednakże, uwaga Krysi stała się dla nas wszystkich impulsem do kolejnej wyprawy.

Nie czekaliśmy więc długo i już po kilku chwilach Lidka miała spakowany plecak (łącznie z przewodnikiem turystycznym i zeszytami, w których zapisujemy wspomnienia i zbieramy pieczątki). Przygotowane kanapki czekały ukryte w kuchennej szafce, tak aby nie korciły Nawałnicy. A kubki termiczne, wyciągnięte z szafy, wystarczyło tylko zalać wrzątkiem.

Jako ojca bardzo raduje mnie fakt, że jesteśmy w stanie zorganizować się w tak krótkim czasie. Szybko podejmujemy decyzję. Szybko potrafimy się spakować. Torba z zapasowymi ubraniami zazwyczaj czeka w samochodzie.

W niedzielę wstaliśmy klasycznie około szóstej, a kilka minut po ósmej siedzieliśmy już w samochodzie. Mama tym razem została w domu z Joachimem, aby wygrzać się po przebytej grypie.

Jechaliśmy wzdłuż Wisły, mijając kolejno Otwock, Dęblin, Puławy, Parchatkę, tak, aby równo o 10.30 dzień rozpocząć mszą w kazimierskiej farze. Gdyby nie drobne kłopoty z parkowaniem prawie by się nam udało.

Korzystając ze słonecznej pogody oraz braku słodkiego balastu w postaci Joachima, który jest jeszcze za mały na nosidło – ruszamy zdobyć Górę Trzech Krzyży.

Drużyna jest pełna zapału, jednak już na starcie okazuje się, że łatwo nie będzie. Błota bowiem jest po kolana, o czym najdotkliwiej przekonuje się Lidka. Sytuacja wydaje się, na tyle poważna, że nawet Krysia nie mówiąc nic, dzielnie wspina się na szczyt.

Kontemplując widok z góry, kolegialnie podejmujemy decyzję o dalszej wędrówce ku ruinom zamku oraz zabytkowej baszcie. Trasę pokonujemy „na dziko”, przemierzając jeden z kazimierskich wąwozów. Po drodze głos rozsądku podpowiada Lidzi, żeby zrobić zdjęcia naszych butów i spodni, i kolejno wysłać mamie. Tak zabezpieczamy nasze przyszłe bezpieczeństwo…

W wąwozie znajdujemy kijaki (jak mawia Krysia), z których najdłuższy, ponad dwumetrowy zdobi obecnie jeden z domowych kątów.

Z pieśnią na ustach zdobywamy ruiny zamku. Mijający nas emeryci, kręcą głowami, wypowiadając przy tym wyraźnie słyszalne słowa współczucia. Mam jednak wrażenie, że jesteśmy najszczęśliwszą ekipą w promieniu kilometra (zwłaszcza, że otrzymujemy odpowiedź na wysłany wcześniej MMS ze zdjęciem butów, w którym mama z uśmiechem pisze do nas: No nic…).

Na zamku wspominamy króla Kazimierza, Krysia szczegółowo przygląda się XIV wiecznym dworskim strojom, a Lidka z Teofilem szukają sposobu dotarcia do monet wrzucanych przez turystów do jednej ze studni.

Po zdobyciu baszty przyszedł czas na obiecany plac zabaw.

Kolejno szukamy miejsca na obiad. W tym punkcie naszej wycieczki pojawiają się drobne problemy. Po dwudziestu minutach oczekiwania dowiadujemy się, że rosół się skończył, po kolejnych pięciu minutach, że skończyła się również pomidorowa i pierogi. Nie tracimy więcej czasu, na obiad muszą nam więc wystarczyć kazimierskie koguty i bułki faszerowane kapustą, które konsumujemy nad brzegiem Wisły.

Powoli zaczyna się robić chłodno. Wracamy na rynek, dopijamy ostatnie łyki ciepłej jeszcze herbaty. Około godziny 17 ruszamy w drogę powrotną. Po trzech minutach od startu samochód wypełnia zupełna cisza.

Pewnie w tym roku rodzinnie wrócimy jeszcze do Kazimierza. Trzeba będzie jednak poczekać na jesień, bo z weekendu na weekend ludzi będzie coraz więcej. Nam się jeszcze udało…

Im dalej w las…

Filip

P.S. Po powrocie Dominika zapytała dzieci, co w Kazimierzu podobało im się najbardziej. Każde z nich podniosło na chwile głowę znad talerza i chórem odpowiedzieli: Błoto!

Milczący towarzysz…

Stół, który mamy obecnie w Komańczy, zanim dotarł do naszego domu, musiał pokonać długą drogę z zachodniej Polski.

Pamiętam go jeszcze z domu rodzinnego. Na początku był tym dodatkowym podczas rodzinnych imprez. Później, gdy urodziła się moja siostra, służył jako przewijak. Był „pomocnikiem” mieszczącym kuchenną zastawę podczas świąt. Stał się ponoć także „świadkiem” wesela mojej matki chrzestnej. Ostatnie lata spędził jednak złożony w piwnicy.

Nigdy nie myślałem, że poproszę swojego tatę, aby zapakował go do bagażnika samochodu i przywiózł z Gorzowa do Komańczy, pokonując tym samym blisko tysiąc kilometrów.

Wcześniej, gdy go jeszcze nie mieliśmy, posiłki jadaliśmy przy małej kuchennej ławie. Było nas wówczas zdecydowanie mniej. Lidka siedziała jeszcze w dziecięcym krzesełku. Krysia nie myślała nawet o przewracaniu się z boku na bok. Teofil z Joachimem kryli się w przysłowiowych planach.

Wiele ważnych rozmów odbyliśmy właśnie przy tym stole. Budowaliśmy przy nim nasze bieszczadzkie relacje z przyjaciółmi, z sąsiadami. Rodziły się przy nim skromne koncepcje i wielkie marzenia. Pewnie za chwilę złożymy sobie przy nim wielkanocne życzenia.

Z roku na rok organizowaliśmy kolejne krzesła, tak by pomieścić kolejno dorastające dzieciaki, ale i coraz częściej odwiedzających nas gości.

DSCF2582

Stół w naszych czterech kątach zawsze był istotny. Przez lata naszego małżeństwa stał się miejscem, przy którym prawdziwie byliśmy razem.

Scala on naszą rodzinę każdego poranka, kiedy odkładamy zabawki, telefony i siadamy do wspólnego śniadania. Jest też miejscem, przy którym każdego wieczora wysłuchujemy opowieści naszych dzieci o tym, co nowego w szkole, przedszkolu, co w pokoju obok lub na tańcach.

Sylwestrowy wieczór spędziłem w tym roku z Lidzią, Krystyną i Teofilem w Komańczy. Dzieci coraz bardziej świadomie wyczekiwały nadejścia nowego roku. Jeszcze bardziej czekały jednak na mamę, która następnego dnia miała wrócić z Joachimem ze szpitala w Lesku. To tam właśnie ich najmłodszy brat dochodził do siebie po zapaleniu płuc.

Siedzieliśmy przy stole. Każde z dzieci podsumowało już miniony rok. Zanim upewniły się one ostatecznie w decyzji, że nie dotrwają do północy, obejrzeliśmy jeszcze wspólnie jeden odcinek opowieści o Pipi. Jej tata – pamiętam – wrócił z dalekiej pirackiej podróży, a po przywitaniu usiedli wspólnie właśnie przy stole.

Po chwili wszyscy już spali. Zostałem sam. Siedziałem więc w umiarkowanej ciszy, którą zakłócała jedynie niezbyt głośna muzyka. Dokręciłem nogi, bowiem blat po okresie bożonarodzeniowym mocno się kołysał. Na białej kartce narysowałem konstrukcję, którą być może w tym roku uda mi się zbudować. Chciałbym żebyśmy mieli odrobinę więcej miejsca.

Im dalej w las…

Filip

P.S. Dziś wieczorem znów będziemy celebrowali ten wspólny czas przy stole. To takie nasze wielkie święto każdego powszedniego dnia. A stół to chyba najważniejszy mebel w każdym z miejsc, które nazywamy domem.

Wino truskawkowe

Moja miłość do Jaślisk, małej miejscowości w Beskidzie Niskim, zaczęła się dokładnie dziesięć lat temu w jednym z warszawskich kin. W tym samym roku zostaliśmy z Dominiką małżeństwem. Nie jestem w stanie policzyć, ile razy obejrzałem Wino truskawkowe Dariusza Jabłońskiego, ile razy przeczytałem, będące podstawą adaptacji filmowej, Opowieści galicyjskie Andrzeja Stasiuka.

Lubię wracać do tych obrazów, tak samo, jak lubię wysiadać z samochodu na rynku w Jaśliskach, wypatrując życzliwej twarzy Pawła, który całe dnie przesiaduje przed tamtejszym sklepem.

Droga do Jaślisk od Tylawy ma swój urok: wzniesienia, zakręty, szerokie pejzaże, oddalający się oddech granicy w Barwinku. Tak samo, jak swój urok mają Jaśliska: jasna wieża kościoła z cudownym obrazem Matki Bożej Jasielskiej, przystanek autobusowy, rynek, punkt apteczny, sklep wielobranżowy, drewniana zabudowa, dawny trakt węgierski…

Niedaleko stąd do Rymanowa – kurortu Beskidu – skąd przywieźliśmy z Lidzią naszą kocicę (o wdzięcznym imieniu Nawałnica).

Jaśliska zawsze pachniały dla nas chlebem. Piekarnia usytuowana w centralnym punkcie, hałda węgla przed wejściem, ciepło bijące od budynku, dym unoszący się z komina. Małe okienko, w którym, w chmurze mąki, dostrzec można równo poukładane bochenki. Tak to pamiętam.

Wycieczki do Jaślisk zazwyczaj odbywamy późnym popołudniem. Spacerujemy w promieniach zachodzącego słońca, zwykle trzymając w dłoniach ciepłe, świeżo wypieczone bochenki. Dzielimy je z Dominiką, między wyciągnięte dłonie naszych dzieci.

Moment, w którym one same zaczynają dzielić się chlebem bardzo nas wzrusza.

Chleb w Jaśliskach smakuje inaczej. Wydaje nam się, że ten smak naznaczony jest tajemnicą wypowiadanej przez wielu modlitwy: Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj. Tajemnicą, której poznanie coraz bardziej tracimy.

Marzę o tym, aby nasze dzieci wśród wielości życiowych doświadczeń, chciały poznać właśnie tę tajemnicę. Uległy magii dzielenia. Na całe życie zapamiętały smak, ale i głód za chlebem powszednim.

Poszukując nowych aromatów, posmaku rodzynek, suszonych śliwek, ziaren słonecznika – łatwo zatracić właśnie tę prostą tęsknotę.

W niedzielny wieczór w naszym domu zabrakło chleba. Trzeba było założyć buty, przełamać lenistwo, wyruszyć na poszukiwania. W pobliskim sklepie, na półkach znalazłem siedem zaparowanych worków, wypełnionych krojonym chlebem. W wyobraźni wróciła tęsknota za zapachem Jaślisk.

Im dalej w las…

Filip

P.S. Zawsze zastanawiałem się dlaczego ludzie kupują krojony chleb.

„Hej, ku górom!”

Bieszczadzkie połoniny oglądałem wielokrotnie. Doświadczyłem na nich każdej pory roku, tłumów, samotności, bliskich spotkań z bieszczadzką zwierzyną. Odbyłem ciekawe rozmowy z towarzyszami wędrówek, a na rozgrzewkę – pamiętam – wypijałem kilka kieliszków, jeszcze z Lutkiem Pińczukiem, w czasie, kiedy pełnił swoją misję na szczycie.
Od połonin rozpocząłem pokazywanie bieszczadzkiej krainy Dominice.
Odkąd pamiętam marzyło mi się, żeby przenocować na szczycie. Od narodzin Lidzi, czekałem z tym na moment, kiedy będziemy w stanie zrobić to razem. Po raz pierwszy w jej i moim życiu.
Jako czterolatka udowodniła mi, że jest w stanie wejść na Połoninę Wetlińską o własnych siłach, w czasie krótszym niż wskazany na mapach i w przewodnikach.
W jej pierwszej wędrówce mocno motywowała ją możliwość spotkania z Misiem o małym rozumku, Kubusiem. Schronisko na połoninie nazywane jest bowiem przez turystów Chatką Puchatka.
Czekaliśmy, aż będzie gotowa. Tak, aby pierwsze nocne doświadczenie gór nosiło znamię wielkiej przygody, osobistego odkrycia ich tajemnicy, ale było wolne od jakiegokolwiek strachu. Kiedy miała pięć lat podjęliśmy z Dominiką decyzje, że właściwy czas nadszedł.
Dzień był słoneczny i ciepły. Po obiedzie wyniosłem stary studencki plecak Dominiki przed dom w Komańczy. Zaczęliśmy pakować śpiwory, pidżamy, kurtki przeciwdeszczowe, zapasowe buty, karimaty, prowiant na drogę, termosy z kawą i herbatą. Pojemność plecaka wydawała się mała.
Każdy z nas zabrał swoje kije trekkingowe, swój aparat fotograficzny, własne wyobrażenia o tej wyprawie.
Ruszyliśmy około godziny piętnastej. Dominika z Krysią i Teosiem zostali w domu. Oczy Lidki były większe niż zazwyczaj, usiadła w samochodzie wyjątkowo z przodu.
Zadawała wiele pytań, była ciekawa. Starałem się odwrócić jej uwagę. W Cisnej zabraliśmy starsze małżeństwo „na stopa”. Byli zdziwieni, kiedy Lidzia zdradziła im, gdzie planujemy spędzić noc. W jej oczach dostrzegłem, że jest z tego bardzo dumna.
Do celu dotarliśmy od strony Przełęczy Wyżnej, zgodnie z planem, chwilę przed zachodem słońca. Po drodze spotykaliśmy jedynie schodzących z góry, którzy życzliwie nas pozdrawiali. Pogoda była bardzo łaskawa.
Dostaliśmy wspólną koję. Kolację zjedliśmy na dworze. Ruszyliśmy spacerem ku Przełęczy Orłowicza. Zrobiliśmy wiele zdjęć. Po drodze podszedł do nas chłopak, który zaproponował, że może zrobić nam kilka wspólnych. Marzyłem o takich…

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Słońce zachodziło powoli, a Lidka nie chciała wracać do schroniska. Tej nocy pierwszy raz zobaczyła Drogę Mleczną. Pamiętam ten moment, tak samo dobrze, jak chwilę kiedy wiozłem ją w 2010 roku ze szpitala na Karowej do domu.
Długo nie mogłem zasnąć. Pogoda zaczęła się zmieniać, coraz mocniej wiało.
Lidka wstała przed szóstą. Zjedliśmy szybkie śniadanie. Kawa w termosie była jeszcze ciepła. Pomimo wiatru nie chciała schodzić tą samą drogą, ruszyliśmy w stronę Brzegów Górnych. Z Berehów do Przełęczy Wyżnej jechaliśmy stopem.
Drugie śniadanie zjedliśmy w Schronisku pod Wysoką Połoniną. Kakao serwował Niedźwiedź – senior rodziny Ostrowskich. Kiedy wychodziliśmy zawołał Lidkę i życzliwie krzyknął: Hej, ku górom!
Im dalej w las…
Filip
P.S. Ta noc mocno odmieniła nasze relacje. Nasza przyjaźń została umocniona pięknym doświadczeniem. Dzięki Ci, za to pozdrowienie Piotrze!

Nieznajomy z barką…

Czasem wybieramy się po prostu posiedzieć nad Bugiem. Kiedy byłem w szkole i na lekcjach geografii poznawałem polskie rzeki marzyłem, żeby zobaczyć właśnie Bug. Nie wiem dlaczego akurat ta rzeka tak mnie ciekawiła. Może była to kwestia jej licznych zakoli, może odległości, która wówczas wydawała mi się nie do pokonania. Może fakt, że Warta, przy której leży moje rodzinne miasto sprawiała wrażenie nudnej, leniwej, przewidywalnej.

Jako młody chłopak poznałem Obrę i Drawę.

Obra dała mi pierwsze kajakarskie szlify. Wspominam mgliste poranki, zmienny charakter nurtu, wieczorny chłód, bliskie spotkania z wodnym ptactwem. Przestrzeń przedzieloną na dwie odrębne krainy – lewego i prawego brzegu.

Drawskie wspomnienia związane są również ze spływami – szczególnie jej najtrudniejsza część prowadzącą przez Drawieński Park Narodowy, którą po dziś dzień wspominam, jako najpiękniejsze miejsce do uprawiania turystyki kajakowej w zachodniej części Polski. Ufam, że kiedyś wrócę na Drawę z chłopakami – Teofilem i Chimciem.

W Komańczy często chodzimy nad Osławicę. Ma ona zupełnie inny charakter niż rzeki nizin. Latem podatna na suszę, w okresach deszczowych – groźna i narowista. Oddziela Bieszczady od Beskidu Niskiego.

Nasze dzieciaki kontakt z wodą zaczynały właśnie od rzek. Moczenie nóg, które u Krysi od najmłodszych lat zazwyczaj kończyło się kąpielą. Puszczanie statków zrobionych z kory. Przesiadywania na mostkach ze spuszczonymi nogami, rzucanie kamieni (do dziś najmocniej wciąga Teofila), budowanie tam.

Widok zza okna naszego pierwszego mieszkania również był na rzekę.

Stojąc nad brzegiem zawsze staram się stawiać krok za dziećmi. Mieć ich na wyciągniecie ręki, ale jednak pozwalać im na bezpośredni kontakt. Rzeki porządkują myśli, czasem skłaniają do zadawania pytań, ofiarowują doświadczenie dźwięku, nurtu, tafli.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Kiedyś mam wrażenie częściej chodziło się nad wodę. Przez mosty przejeżdżamy nie zwracając na rzekę większej uwagi. Promy to raczej relikt przepraw z dawnych lat. Niewielu ma czas na to, aby po prostu stanąć nad brzegiem. Pomijając gwarne bulwary zastawione kawiarnianymi parasolami, pełne plastikowych kubeczków po piwie, głośnych palców zabaw, szaleńców prezentujących swoje mistrzowskie umiejętności w jeździe na rolkach, czasem muzyki. Wszystko to tylko odwraca uwagę od istoty rzeki.

Lubimy spacery wzdłuż brzegu, poszukiwanie miejsca na piknik. Miejsca, którego być może nie odkrył nikt przed nami. Powalone konary, na których można odpocząć. Spojrzenie na przestrzeń zgodnie z nurtem, a kolejno z jego przeciwieństwem. Przemoczone buty, mokre nogawki, palce u stóp, które trzeba oczyścić z piachu.

Być może takie spacery nie mają sensu. Nie dostarczają wielkich atrakcji. Może rozbudzają lenistwo, a może dają zrozumienie kategorii źródła i ujścia.

Lidka, mówi że wodę, która mija nas nad rzeką będziemy mogli spotkać tylko w morzu.

Poznałem dziś człowieka, który pod Ostródą buduje barkę. W planach ma spłynąć Bugiem. Twierdzi, że to pozwoli mu żyć przez kilka miesięcy w zawieszeniu między prawym, a lewym brzegiem.

Filip

PS. Opowiedziałem o tym Dominice, spodobała jej się ta historia…