Blog

Gdy droga nie zmusza do pośpiechu, lubię…

Przednia szyba to nasze okno na świat. Okno, w którym obraz zmienia się nieustannie. Lubię ten moment, kiedy wszyscy wsiadamy do samochodu; kiedy każdy zapina pasy.

Podróżujemy konsumując kolejne skrawki przestrzeni. Nic nie jest wówczas stałe. Wszystko staje się naszym udziałem tylko przez chwilę. Przemierzamy kolejne kilometry, mijając wszystko to, do czego często nie będzie już powrotu.

Zmieniają się widoki, mijamy kolejne drzewa, pola, przystanki autobusowe, kościoły, domy… Skupiamy uwagę głównie na tych drewnianych. Mijamy ludzi, zastanawiamy się co robią, jak żyje im się tam, gdzie ich spotkaliśmy. GPS pokazuje odległość do celu. Licznik skrzętnie mierzy odległość.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Jesteśmy razem w małej zamkniętej przestrzeni. Każdy spogląda przez swoje okno. Czasem słuchamy rozmów dzieci, często wyczekujemy kiedy wszyscy, albo choć większość, zaśnie. Każdy z nas patrzy na świat za oknem ze swojej perspektywy. Tego, co zostało za nim lub tego, co zobaczy za kolejnym zakrętem.

Spośród wielu dróg lubimy wybierać te boczne. Bez autostradowych bramek, ekranów, które przysłaniają wszystko, co zostało po prawej i lewej stronie.

Takich dróg jest więcej na wschodzie.

Czasem udaje nam się zatrzymać, nie tylko dlatego, że dzieciom należy się przerwa.

Przerwy dają oddech, pozwalają skupić uwagę na tym, co tu i teraz. Pozwalają poznać przestrzeń lepiej, poczuć jej smak, temperaturę, której nie oszukuje klimatyzacja.

Krótkie postoje pozostawiają pragnienie powrotu do nich. Rozbudzają głód poznania.

Staramy się z Dominiką, aby trudy pakowania nigdy nie przysłaniały radości wyjazdu. Nawet jeśli wyjeżdżamy na trzy dni zawsze zabieramy zapasowe buty. Razem z kapciami – butów w samochodzie mamy wówczas ponad 20 par. Bagażnik za każdym razem wydaje się za mały.

Czasem, kiedy podróżujemy w niedzielę, w podróż udaje nam się wpleść niedzielną mszę. Pośród życzliwych spojrzeń człowiek czuje się obcy. Wydaje nam się, że to siła lokalnej wspólnoty. Siła, którą być może czują tylko zamiejscowi.

Małe przydrożne sklepy mają swój wielki urok. Ten zapach świeżego chleba… I to spojrzenie ekspedientki, która wie, że jesteśmy tu tylko na chwilę. Zna twarze, głosy tych, którzy odwiedzają ją codziennie. Być może nasze oczy nigdy więcej już się nie spotkają.

W takich sklepach często kupić można to, czego nie kupuje się na co dzień. W warszawskich sklepach osiedlowych brakuje emaliowanych durszlaków, lepów na muchy, łapek na myszy, ciepłych lodów, czy biżuterii.

Lubię spoglądać podczas jazdy w lusterko wsteczne. Aparat fotograficzny kładę zawsze przytroczony do dźwigni hamulca ręcznego. Czasem nagrywam drogi, które należą do moich ulubionych. Wracam do nich zazwyczaj sam, jesienią i zimą – kiedy szans na wspólne wyjazdy jest trochę mniej.

Krosno – Dukla, Komańcza – Palota, Łochów – Szumin, Duszatyn – Smolnik.

Lubię, gdy droga nie zmusza nas do pośpiechu. Kiedy można po prostu leniwie jechać. Więcej można wówczas zobaczyć, dojrzeć. Lubię, kiedy widzimy podobnie, kiedy mamy wspólne spostrzeżenia. To duch naszej rodzinnej tożsamości.

Im dalej w las

Filip

PS. Tato, daleko jeszcze?

Bez końca patrzyliśmy w te błękitne oczy…

Pewnikiem jesieni jest, że u jej schyłku liście spadną z drzew. Krajobraz się odsłoni i będzie można dostrzec wszystko, co skryte było dotychczas w wielości barw. Przydrożne domy, kapliczki, polany. Przestrzeń formuje się na nowo.

Wiosna zaś kolejny raz, niezależnie od tego – czy przyjdzie w marcu, czy w kwietniu – zasłoni na nowo zimowe prześwity.

Od jakiegoś czasu (raczej nie pamiętam żeby było tak, kiedy byliśmy z Dominiką mali), zima straciła swój kolor. Bieli jest jakby mniej. Miasto, nawet kiedy zima się już pojawi, szybko czyni ją brudną. Śnieg spada na chwilę i zaraz znika. W Bieszczadach, choć łatwiej o niego tam niż na Mazowszu, też nie jest zasadą, że się pojawi i zostanie na dłużej.

Dokładnie pięć lat temu śniegu nie było ani w Warszawie, ani w Komańczy. Stolicę wypełniało, tak jak dziś słońce. Pamiętam to doskonale, bowiem tego dnia rozpoczęła się nasza wspólna, radosna wędrówka z Krysią.

W ten słoneczny dzień Lidzia została starszą siostrą. A my, do narodzin Teofila, staliśmy się rodziną 2+2. Znów wszystko było inne.

Pierwszy raz patrzyliśmy z Dominiką w tak błękitne oczy. Nasz świat nie stanął na głowie, ale przestrzeń wypełniła się wszystkim tym, co ze sobą wniosła Krysia. Ponownie rozpoczęliśmy poszukiwania swojego miejsca w domu, w rodzinie. Poszukiwania, które znalazły wyraz w naszej wspólnej podróży. W samochodzie pojawił się drugi fotelik.

Pierwszy raz wybrałem się z Krysią pociągiem do Poznania, gdy miała 3 lata. W okolicach Sochaczewa zaczęła płakać za mamą. Nie była jeszcze gotowa – choć wróciła do domu z uśmiechem. Kolejna wspólna podróż to już Bieszczadzka Kolejka Leśna. Znów z obawami, ale bez łez.

W tym roku, spędziliśmy pierwszą noc w śpiworze. Przeprawiliśmy się przez komanieckie łąki, wypiliśmy herbatę gotowaną na butli gazowej, nocą oglądaliśmy gwiazdy. Od wakacji zbieramy pieczątki w zeszycie, w którym Dominika spisuje jej wspomnienia. Krysia ma też swój plecak.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Rano powiesiła mapę Polski na ścianie. Poprosiła żebyśmy zaczęli zaznaczać miejsca, które odwiedziła. Drogi, którymi chodzi bywają wyboiste. Czasem trudne dla niej, bywa, że i dla nas. Zawsze są jednak naznaczone radością, dużą dozą wolności i odwagi. Jej niezależność wyznacza sposób myślenia, poszukiwanie ryzyka.

Krysia chyba najbardziej spośród naszych dzieci lubi dom. Woli, kiedy jesteśmy wszyscy razem. Nie lubi iść ostatnia. Do przedszkola zaniosła kiedyś zdjęcie Ryśka z Cisnej, naszego przyjaciela. Planuje zostać jego żoną. Rysiek ma długą siwą brodę i duży brzuch. Krysia mówi, że nie jest istotne, czy ktoś jest gruby, ważne żeby był dobry.

Znajomym pozwala mówić do siebie Krysia, przedstawia się zawsze jako Krystyna. Mi pozwala czasem zawołać Kerstin, jak do małej siostrzyczki Ollego z Zagrody Południowej w Bullerbyn.

Kerstin z Bullerbyn umiała mówić tylko „Hej, hej”. Krysia mówi wiele.

W Komańczy biało. W ostatnim tygodniu dużo padało. Jest minus dwadzieścia. Śnieg pokrył podwórka dachy, ulice. Dziś rano powiedziała do mnie: Tato, wiesz że w Bieszczadach jest teraz śnieg. Dużo śniegu. Chciałabym tam pojechać…

Im dalej w las…

Filip

PS. Jej oczy nadal są tak samo błękitne.

Za drzewami skrył się samotny dom…

Lato. Upalny dzień. Idziemy wszyscy, jeszcze w piątkę, bez Joachima, nie wiedząc, że już niedługo wielka radość pojawi się w naszej rodzinie.

Dominika niesie Teofila, Krysia siedzi wygodnie w nosidle na moich plecach. Dzieci nie znają celu naszej wędrówki, my też nie do końca wiemy, czego możemy się spodziewać.

Pierwszy raz jesteśmy w okolicach Wołowca. Mijamy opuszczone cmentarze, przydrożne kapliczki, samotne drzwi, kamienne krzyże. Droga jest długa, nigdy wcześniej jej nie przemierzaliśmy. Każde zakole, odsłania kawałek jej tajemnicy.

Nie spotykamy nikogo. Mijamy bacówkę, w powietrzu czuć zapach dymu i wędzonego sera. Widać, że drogę przecięło, chwilę przed nami, stado owiec. Szły do rzeki.

Za drzewami dostrzegamy samotny dom. Pewnie niewielu miałoby odwagę przejść obok niego nocą. Furtka jest otwarta, ogrodzenie ma wiele braków. Wydaje się, że jest spuścizną po poprzednich właścicielach. Przypomina czasy, które minęły.

Czuć zapach koni. Na uboczu siedzą osobliwie wybarwione kury. Drogę przebiega nam kot. Dom, niczym wnętrze kuchennej izby, obwieszony jest prowizorycznymi półkami.

Dzbanki, miski, czarki…

Ku nam wychodzi właściciel. To nasze pierwsze spotkanie, nigdy wcześniej się nie widzieliśmy. Jurek mówi, że nie może poświecić nam teraz czasu, ale zostawia otwarty dom. Mówi, że czajnik i woda do picia są w kuchni. Wsiada na motor i odjeżdża, bez kasku – w czerwonej czapce.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Dźwięk starego motoru niknie w oddali. Pijemy miętę. Dzieci nie są w stanie się napatrzeć. Łapczywie utrwalają kolejne obrazy. My również nie potrafimy powstrzymać swojej ciekawości. Siadamy przy stole, na dużym przepełnionym różnymi przedmiotami tarasie. Ciszę przerywa parskanie koni. W pewnym momencie (zupełnie nie wiadomo skąd) pojawia się mężczyzna w majtkach, koszulce na ramiączkach i kapeluszu. Daje Lidce tomik poezji, prosi o przekazanie Jurkowi i znika. Wiemy, że dookoła nie ma żadnych domów.

Kot wije się między naszymi nogami, a nogami stołu. Znowu dociera do nas dźwięk motoru. Wraca Jerzy. Nie pyta kim jesteśmy, ani co tu robimy. Nam pytać nie wypada. Mówi, że jeśli podobają nam się jego naczynia, to możemy coś kupić. Jedna z kur siada pod stołem tuż obok nogi gospodarza. Robi się coraz później. Choć wiemy, z Dominiką, że droga do samochodu daleka, nie znajdujemy w sobie siły, żeby przerwać tę gościnę.

Wybieramy czarki, kolejny raz obchodząc dom Jerzego dookoła. Wracamy do stołu. Jurek znów parzy zioła. Na ławce leżą stare wydania Tygodnika Powszechnego, widzi że zwróciły moją uwagę. Siedzimy w ciszy. Jerzy kuca w progu. Uwagę przykuwają jego błękitne oczy. Dobrze z nich patrzy.

Lidka wyciąga z plecaka zeszyt, w którym zbiera pieczątki, bilety wstępu, wspomnienia… Prosi Jurka, aby napisał w zeszycie coś specjalnie dla niej.

Jerzy zgada się, ale najpierw idzie napoić konie.

Kiedy wraca siada przy stole i pisze. Zamyka zeszyt i oddaje go Lidce. Nikt nie zagląda do środka. Nie mamy odwagi przeczytać, co napisał. Żegnamy się. Odchodzimy mając wrażenie, że było to ważne spotkanie.

Im dalej w las…

Filip

P.S. Kiedy nie widać już domu, otwieramy zeszyt Lidzi. „Za bramą, którą tu weszłaś nie ma nic, czego nie byłoby przed nią, a tyle się naoglądałaś”. CZARNE, Jurek

Tartaki mają swój zapach…

Od pięciu lat dużym paradoksem naszej rodziny jest fakt, że miejsce, które uważamy za DOM nie jest przestrzenią naszego stałego pobytu, ale celem wypraw, które – w sercach naszych i naszych dzieci – wywołują największe emocje.

Komańcza…

Brama w Bieszczady. Wieś w południowo-wschodniej Polsce położona w województwie podkarpackim, w powiecie sanockim, w dolinie rzeki Osławicy i potoku Barbarka. Przestrzeń wypełniona wieloma kulturami, wyznaniami, ale przede wszystkim życzliwością ludzi: zarówno tych, którzy są naszymi sąsiadami, jak i tych, którzy w rozległych Bieszczadach po prostu żyją.

DOM…

Dom wypełniony zapachami drewna, żywego ognia, dom ze skrzypiącymi podłogami, dom którego progi zawsze są otwarte. Przestrzeń daleka od ideału nienagannego wykończenia, zimnych betonowych konstrukcji, prostych ścian, designerskich mebli. Konstrukcja, w której znamy każdą deskę, zawór, gwóźdź. Dom będący schronieniem przed kaprysami górskiej pogody, dający bezpieczeństwo i ciepło (oddawane nie tylko z szamotowych cegieł komina).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

 

Wyglądasz przez okna takiego domu i jesteś w stanie prosto zaplanować swój dzień. Przyglądasz się pogodzie. Widzisz chmury szukasz zajęcia w środku, widzisz słońce – otwierasz drzwi od drewutni. Kiedy przychodzi sobota – obowiązkowo – wyciągasz kosiarkę. Przy śniegu, na który czekasz od momentu, gdy wszystkie liście opadną z buków, wyciągasz szuflę i rozpoczynasz zimowe dzieło. Siadasz przy drewnianym stole przed domem, z kubkiem gorącej kawy i zastanawiasz się, czy takie życie nie jest prawdziwsze. Zaczynasz tęsknić za dziecięcym pojmowaniem pór roku, kiedy każda miała swój sens.

Kiedy kończą Ci się półki na książki jedziesz do tartaku…

Tartaki mają swój zapach. Szukasz desek. Nagle zdajesz sobie sprawę, że z desek można zrobić właściwie wszystko: drewutnie, taras, dom, domek dla dzieci, piaskownice, stół, półki, płot. Mimowolnie wracasz wówczas do kolejek przy kasie w Ikei…

Lidka też mówi, że z desek można zrobić wszystko, mówi że nie musi być „na bogato”, że może być prosto i zwyczajnie, że ważny jest pomysł.

Szukasz pomysłu.

Przy kolejnym łyku kawy przyglądasz się ludziom zmierzającym do Cerkwi. Rozeznajesz reguły każdego dnia – powszedniego, świątecznego. Reguły, które porządkują czas i przestrzeń. Zastanawiasz się nad tymi, które określają ciebie – pośpiech, stres poranka, by tylko zdążyć z rozwożeniem wszystkich na czas do szkół, przedszkoli, pracy.

Tu dzieci też chodzą do szkoły.

Kiedy kończy się kawa wracasz do domu, dokładasz do pieca. Ściągasz czajnik z kuchni. Dolewasz kawę do kubka. Planujesz małe rzeczy. Czasem wydaje ci się, że tych dużych nie trzeba planować. Reguły są proste, powtarzalne – dają bezpieczeństwo nam i dzieciom. Odpoczywasz od klaksonów, sygnałów karetek, dzwonków tramwajów, nieustannego szumu ulic. Do miasta nie jest daleko – czasem trzeba pojechać: bo zakupy, bo bankomat, bo taka czy inna potrzeba.

Zmrok przychodzi jakby szybciej. Życie zaczyna się w domach. Czasem przejedzie samochód. Dobrze wiesz – czy to sąsiad, czy zabłąkany turysta z Cisnej (samochody turystów jeżdżą jakby inaczej). Przynosisz drewno na noc. Dzieci zasypiają na górze. Zapada cisza. Słuchamy z Dominiką ciszy. Wydaje nam się, że cisza nigdzie nie brzmi lepiej, jak w Bieszczadach. Muzyka też nigdzie nie brzmi lepiej. Dźwięki są jakby pełniejsze i żaden nie jest bez znaczenia.

Przyglądamy się drewnianym ścianom. Sęki, pęknięcia, krzywizny. W rozmowie zawsze poruszamy wątek, jak niewiele trzeba (że proste ściany nie dają szczęścia). Psy zaczynają szczekać. Może lis, może z łańcucha zerwał się pies sąsiada zza rzeki, może przebiegła łasica. Gasną światła na ulicy. Jest ciemno, zupełnie ciemno. Widać tylko gwiazdy – kolejny raz łapiesz się na tym, że nigdy nie myślałeś, że jest ich tak wiele. Wydaje ci się, że drogą mleczną nie dojedziesz do Warszawy, bo jej tam nie widać. Kocica wraca do domu na noc.

Dukla, Krosno, Sandomierz, Zwoleń, Kozienice, Góra Kalwaria, Warszawa…

Im dalej w las…

Filip

P.S. Szukamy pomysłu…

Wenecja Mazowsza…

Zorganizowanie weekendu dla rodziny (z naszej perspektywy dużej) często jest wyzwaniem. Zarówno dzieciom, jak i nam trudno jest usiedzieć w czterech ścianach. Niestety nie dysponujemy domem z ogrodem, szczęśliwie telewizor „wyprowadził” się z naszej przestrzeni już trzy lata temu, a dwa dni spędzone wyłącznie w mieszkaniu potrafią dać się we znaki zarówno dzieciakom, jak i nam. Nie zawsze warto więc wystawiać rodzicielską cierpliwość na próbę.

Często siadamy z Dominiką w piątkowy wieczór i wyszukujemy w przewodnikach ciekawych miejsc w promieniu 100 km od Warszawy. Jednym z miasteczek, które szczególnie nas urzekło jest Pułtusk – nazywany przez niektórych Wenecją Mazowsza. Czasem śmiejemy się z Dominiką, że gdybyśmy mieli zamieszkać, w którymś z małych miasteczek Mazowsza (oddalając nasze podkarpackie marzenia i plany) to osiedlilibyśmy się właśnie w Pułtusku!

Miasteczko oddalone jest od centrum Warszawy o około 60 km, a podróż samochodem zajmuje nie więcej niż godzinę. Drogę spokojnie wykorzystać można na odpoczynek dzieci, by kolejno cieszyć się wspólnym czasem w Dolinie Narwi.

Wizytę zazwyczaj zaczynamy od spaceru przez jeden z najdłuższych brukowanych rynków w Europie. Jego oś wyznacza gotycko-renesansowa wieża ratuszowa z XVI wieku, w której znajduje się Muzeum Regionalne. Najważniejsze atrakcje miasta, takie jak np.: ratusz, gotycka Bazylika kolegiacka Zwiastowania NMP z XV wieku, Kaplica św. Marii Magdaleny, zlokalizowane się również na rynku.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mamy, będące zwolenniczkami zdrowego żywienia, ucieszy zapewne fakt, że w sobotę rynek zamienia się w gigantyczny targ warzywny (zazwyczaj wykorzystuję ten atut Pułtuska, kiedy chcę przekonać Dominikę, że właśnie tamten kierunek powinniśmy obrać).

Tydzień przed Wielkanocą w mieście odbywają się wielkanocne spotkania ze sztuką kurpiowską, a w pierwszą sobotę po Bożym Ciele – Wielki Piknik Średniowieczny. W wakacje można wziąć udział w zlocie starych samochodów, a we wrześniu (zwykle w ostatni weekend miesiąca) Pułtusk zaprasza na Dni św. Mateusza, swojego patrona.

Spacerując dalej, robimy obowiązkową przerwę na lody w barze „Żaczek”, które warto zjeść przy fontannie. Naturalnie naszej Krysi udało się już kilkukrotnie w niej wykąpać.

Kolejno czas na zamek – dawną siedzibę biskupów płockich. Na dziedzińcu Teofil bacznie ogląda zabytkowe armaty, momentalnie zamieniając się w Napoleona, który wedle doniesień historyków spędził w Pułtusku kilka dni.

Jednak jedną z największych atrakcji Pułtuska dla rodzin jest Narew oraz kanały, które otaczają rynek. W sezonie letnim warto skorzystać w możliwości rejsu gondolą stylizowaną na te, pochodzące z Wenecji (zabierają one około 11 osób) lub z możliwości spływu kajakowego dookoła rynku. Rejs kajakami przy rekreacyjnym tempie zajmuje od 1,5 do 2 godzin. Kajaki warto wykorzystać również do przeprawienia się na drugi brzeg Narwi, gdzie nietrudno znaleźć miejsce, w którym spokojnie można rozpalić ognisko.

Podczas naszych wizyt w Pułtusku nie udało nam się znaleźć restauracji, która byłaby szczególnie warta polecenia. Być może takie są, ale zawsze korzystamy ze smażalni ryb, usytuowanej przy wypożyczalni sprzętu wodnego. Ryba, kiełbaska z grilla oraz niezastąpione frytki – zawsze nam wystarczają.

Niepisaną tradycją naszej rodziny jest to, że wakacje inaugurujemy oraz wieńczymy w Pułtusku… Do zobaczenia więc na rynku 23 czerwca 2018 roku.

Im dalej w las…

Filip

P.S. A może tym razem udałoby się zanocować w namiocie na brzegu Narwi?

W grodzie króla Kraka…

Sobota, godz. 11.15 – wsiadamy z Lidką i Krysią do pociągu na Dworcu Centralnym. W przedziale siedzimy sami, jesteśmy „prawie” pewni tego, że o 14.40 wysiądziemy na dworcu Kraków Główny. Lidka wyciąga mały notesik i długopis, tata tablet – zaczynamy planowanie naszej kolejnej weekendowej przygody.

Rynek, teatr, smok, obwarzanki, spotkanie z ciocią Wandą – padają kolejne propozycje dzieci. Po czterdziestu minutach mamy już dokładny plan naszej wyprawy, a dziewczynki nawiązują znajomość z nową koleżanką. Zaczyna się buszowanie po pociągu, podglądanie pasażerów w innych przedziałach, nawiązywanie bliskiej relacji z panem z Warsu, wycieczki do toalety oraz budowanie kompetencji zawodowych konduktora…

Kraków Główny. Dojechaliśmy.

Spacerem przez rynek udajemy się na przedstawienie do Teatru Groteska. Bilety udało się zakupić przez internet. Spektakl opowiada o lękliwym tygrysku, który ze strachu zgubił swoje paski. Wyrusza na wyprawę w poszukiwaniu odwagi: chce ją kupić w sklepie, zdobyć w wojsku, nauczyć się jej od Indian… Ale napotkani osobnicy być może zapomnieli już o banalnej prawdzie – boi się każdy, a odwaga polega na pokonaniu strachu, nie zaś na ubraniu się w jej „kostium”.

Był to teatrzyk kukiełkowy z przekazem bardzo pozytywnym, który w opisie miał – w pełni zasłużony – certyfikat jakości ASSITEJ (Świadectwo Najwyższej Jakości i Poziomu Artystycznego), przyznawany przez Polski Ośrodek Międzynarodowego Stowarzyszenia Teatrów dla Dzieci i Młodzieży „ASSITEJ”. Co istotne dla rodziny 2+4 także przystępną cenę!

Strach pada na Krysię kiedy wychodzimy z teatru, a kolejnym punktem naszej wycieczki jest nocne spotkanie ze Smokiem Wawelskim… Tato, tyle już tych smoków widziałam. Może pojedzmy do Cioci Wandy, ona już tak długo na nas czeka. Nie denerwujmy tego smoka – może niech sobie lepiej śpi… Czy takie smoki lubią małe dziewczynki?

Z odsieczą przychodzi Lidka, która zaleca pokonanie strachu (walor edukacyjny przedstawienia został w pełni odczytany), i rzeczywiście, po chwili mamy już inny problem. Krysia nie chce oderwać się od smoka. Za każdym razem, gdy ten zionie ogniem, śmieje się do rozpuku, biega z latarką – między smokiem, a jego jamą.

Kolejnym punktem jest wizyta w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, tuż obok domu Cioci Wandy, do której docieramy tuż po 19. Około 20.30 dziewczynki wskakują do śpiworów, zasłuchane w legendę o Lajkoniku zasypiają. Tata rozmawia z Wandzią o „Im dale w las” i przeprowadzce w Bieszczady.

Pobudka jest dość wczesna, o 6.45, bowiem pierwszą atrakcją po niedzielnym śniadaniu jest… Spacer z Mirą – psem Cioci Wandy. Zaraz po spacerze, ze łzami w oczach zakładamy plecaki i ruszamy do serca Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach, w którym jest kaplica klasztorna z łaskami słynącym obrazem Jezusa Miłosiernego i grobem św. Faustyny.

W kaplicy polecamy życzliwości bożej nasze babcie i naszych dziadków.

Na 10.45 docieramy do Muzeum Historycznego Miasta Krakowa w podziemiach Sukiennic (pamiętajcie, aby rezerwacji biletów dokonać z wyprzedzeniem), gdzie przenosimy się do średniowiecznego miasta. Spacerujemy kamiennymi uliczkami, oglądamy dawne budowle, XI-wieczne groby, docieramy również do sali dla dzieci, oglądamy teatrzyk przedstawiający legendę o Królu Kraku i smoku, którą opowiada nam biały kruk. Wycieczka kończy się tuż przed godziną 12. Tata jest pod wrażeniem kolejnego muzeum, które w ramach ekspozycji potrafi zainteresować tych starszych, ale przede wszystkim i tych najmłodszych. Wracamy na rynek, żeby punktualnie w południe zasłuchać się w hejnał. Zgodnie z obietnicą daną Krysi podczas niedzielnej mszy siedzimy tuż przed ołtarzem Wita Stwosza.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Po mszy ruszamy przez Sukiennice ku ulicy Grodzkiej. W Sukiennicach Krysi podoba się dosłownie wszystko. Szybki obiad (barszcz z uszkami, a jakże!) i kontynuujemy wycieczkę ku wzgórzu wawelskiemu, podczas której dziewczyny prześcigają się w wyszukiwaniu krakowskich szopek bożonarodzeniowych.

Odwiedzamy jeszcze Kościół O. Bernardynów, gdzie zwiedzamy ruchomą szopkę. Wizytę na Wawel, poświęcamy tym razem katedrze oraz jej kryptom, gdzie dziewczynki szczególnie interesują relikwie św. Stanisława, groby królewskie, oraz historia Dzwonu Zygmunta, a właściwie okoliczności, w których można usłyszeć jego dźwięk.

Czas do odjazdu mamy coraz mnie, ale spacerem udaje nam się dojść jeszcze do kościoła o. Dominikanów. Skoro z Torunia wróciliśmy z piernikami, to musimy jeszcze zakupić precle dla wszystkich, którzy czekają na nas w domu.

Byłoby pięknie, gdyby o 15.25 zgodnie z rozkładem jazdy udało nam się wyruszyć do Warszawy, ale pociąg jadący z Przemyśla ma spore opóźnienie. Taki mamy klimat… Biegamy więc miedzy peronami, tablicami informacyjnymi, zasłuchani w komunikaty. Lidka jest troszkę zniesmaczona, Krysię taki obrót spraw wręcz zachwyca. Pada propozycja, abyśmy zostali w Krakowie na kolejną noc.

Około godziny 20 udaje nam się bezpiecznie dotrzeć do domu. Dzieci prześcigają się w opowieściach, co udało nam się zobaczyć, dotknąć, doświadczyć… Dumny Tata oprócz pięknych wspomnień przywozi z wyprawy tatuaż na lewej dłoni – wyprawy z tatom K.L.

Im dalej w las…

Filip

P.S. W Krakowie byliśmy dokładnie 25 godzin, w drodze około 7 godzin, całą trójką spędziliśmy noc w jednym łóżku i 3 śpiworach, według krokomierza przeszliśmy z plecakami około 12 km – bez marudzenia. Krysia została królową przedziału – organizując konkurs z zagadkami. Na sam koniec padło też motywujące pytanie z ust Krysi: Tato, skoro z Torunia przywozi się pierniki, z Krakowa precle – to, co przywozi się z Poznania…

 

Dzisiaj zabrał ją tylko i aż do Krakowa.

Wyobraźcie sobie młodego mężczyznę. Aktywnego, młodego mężczyznę. Mężczyznę pełnego pasji. Latem żeglującego po jeziorach, polskim morzu. Zarażającego tą miłością dzieci, które na obozach razem z nim biegają po lesie, pływają w jeziorze, śpiewają przy ognisku. Takiego mężczyznę, który zimą pakuje plecak, narty i jedzie w góry, te bliskie i te dalekie. A tam z gromadą czterolatków są niewielkimi kolorowymi punkcikami na białej przestrzeni. Punkcikami ze strachem w oczach, który z dnia na dzień zaczyna gasnąć i przeobrażać się w radość i uśmiech. On to wszystko widzi, a Jego serce zapamiętuje i chowa głęboko.  Takiego mężczyznę, którego ciągnie droga i przestrzeń. Który co jakiś czas musi gdzieś wyruszyć, pooddychać innym powietrzem, pobyć z innymi ludźmi i przesiąknąć innym zapachem.

Ten mężczyzna zakłada rodzinę. Rodzą mu się dzieci i wszystko co chowa Jego serce zaczyna się budzić. Może widzi siebie z nimi zimą na stoku? Może wiosną na rowerze przemierzających polskie drogi, tak jak on w dzieciństwie? A może latem na wodzie, łapiąc wiatr w żagle?
Z tymi wyobrażeniami czeka kiedy one urosną. Obserwuje. Poznaje. Uczy się ich.

IMG_9948

Okazuje się jednak, że nie każde z tych szkrabów będzie zdolne do takich ekspedycji. Okazuje się, że jedno jest słabsze, szybko się męczy. Że to małe serce nie podejmie się takich wyzwań, bo po prostu nie da rady. A On – tata, kocha najczulej na świecie tę małą istotę. A swoje marzenia jest w stanie zweryfikować.

Okazuje się, że jazda na hulajnodze może okazać się wielkim osiągnięciem, a rower nie największą radością. Wspinaczka w górach będzie zaś wymagała więcej czasu i częstszych postojów, a narty… No cóż, poczekają, albo w ogóle nie doczekają swojego czasu. A na wodę być może będą patrzeć siedząc na brzegu i opowiadając sobie niestworzone historie. Jednak On i Ona będą szli razem za rękę. Czasami On Ją poniesie na barana. Czasami będą musieli zawrócić. Jednak najważniejsze, że zawsze będą razem.

To będą ich wyprawy.

Bo wyprawy mogą być wszędzie, byleby były ICH. Byleby były WASZE.

Dominika

P.S. Dzisiaj zabrał ją tylko i aż do Krakowa.